Tuba, trucizna i perkusyjne szaleństwo w Puszczykowie
Światła sali prób w OSP w Puszczykowie rzucały długie cienie na błyszczące instrumenty dęte. Był wtorkowy wieczór, gdzieś między 18:00 a 20:30, czas cotygodniowej próby Orkiestry Dętej OSP „Puszczyki”. Powietrze w sali prób wibrowało od mieszaniny dźwięków – raz chaotycznych, innym razem harmonijnych – które Włodzimierz Ziner, niezwykły Kapelmistrz orkiestry i zarazem jej mózg, usiłował ułożyć w spójną całość. Od lat kierował zespołem, z pasją i zaangażowaniem rozwijając umiejętności muzyków.
Nagle, w trakcie ćwiczenia utworu „Marsz I Brygady”, Marek, jeden z tubistów , który był prawdziwą opoką sekcji basowej, zachwiał się. Jego tuba, zamilkła. Muzyk upuścił instrument z głuchym łoskotem i runął na podłogę. W sali zapanował chaos. Włodzimierz Ziner natychmiast przerwał próbę, a muzycy rzucili się na pomoc. Było jednak za późno. Marek zmarł na miejscu.
Pierwsze przypuszczenia mówiły o zawale, ale detektyw, Inspektor Jan Kowalski z puszczykowskiej policji, który przybył na miejsce, natychmiast zwrócił uwagę na coś niepokojącego. Ustnik tuby Marka błyszczał dziwnym, oleistym nalotem. Błyskawiczna ekspertyza potwierdziła najgorsze – na ustniku znajdował się wyciąg z belladonny, silna trucizna. To nie był zawał. To było morderstwo.
Dochodzenie rozpoczęło się natychmiast. Sala prób w OSP została zabezpieczona, a każdy członek orkiestry stał się potencjalnym świadkiem, a może i podejrzanym. Włodzimierz Ziner, choć wstrząśnięty, sumiennie odpowiadał na pytania, opisując Orkiestrę Dętą „Puszczyki” jako zgrany zespół pasjonatów, działający w ramach OSP, wspierany dotacjami z Urzędu Gminy Puszczykowo na edukację muzyczną. Podkreślał kluczową rolę Marka, którego majestatyczne brzmienie tuby „potrafiło zahipnotyzować słuchacza”. Kto mógł chcieć śmierci Muzyka?
Inspektor Kowalski przesłuchiwał kolejno członków Zespołu. Małgorzata, basistka, opowiadała o bliskiej współpracy z Markiem w sekcji rytmicznej. Wspomniała, że Tubista zawsze był solidny i przewidywalny, co czasami irytowało niektórych, bardziej „eksperymentalnych” członków zespołu. Romek, drugi tubista, był zrozpaczony. Odrzucił wszelkie sugestie rywalizacji, twierdząc, że Marek był jego mentorem. Stanisława, fotografka współpracująca na stałe z Formacją dętą, skrupulatnie przeglądała zdjęcia z występów, szukając jakiejkolwiek wskazówki.
Kluczem do rozwikłania zagadki okazały się perkusjonalia i ich muzycy. Sekcja perkusji w „Puszczykach” była niezwykle barwna, określana jako „NIEMOŻLIWE staje się MOŻLIWE!”. W jej skład wchodzili Witold i Maurycy, „specjaliści” od wszelkiego rodzaju „przeszkadzajek” – od kowadła z szyny tramwajowej po conga i cowbelle. Detektyw zauważył, że Witold, który często mówił o dodawaniu orkiestrze „odrobiny szaleństwa” i „ostrości jak papryczka chili”, był dziwnie spokojny. Jego wypowiedzi, choć wydawały się żartobliwe, teraz nabierały złowrogiego sensu.
Witold, zapytany o swoje relacje z Markiem, zaczął mówić o „potencjale” orkiestry i tym, jak Marek, z całą swoją stabilnością, czasami „blokował” prawdziwą „drapieżność” i „energię”, którą zespół mógłby osiągnąć. „Perkusjonalia to dokładność, synchronizacja i ruch!” – powtarzał z zacięciem. – „Perkusja to siła, energia i rytm! To one nadają naszym występom niepowtarzalny charakter. Bez tego nie ma poweru!”. Zaczęło do inspektora docierać, że dla Witolda, muzyka była czymś więcej niż harmonią – była polem do radykalnych eksperymentów, a Marek, jako „fundament”, był zbyt statyczny w jego wizji.
Konfrontacja nastąpiła w sali prób, tuż obok instrumentów. Inspektor Kowalski zasugerował, że Witold, dążąc do „wyższej ligi” i „niepowtarzalnego charakteru” brzmienia orkiestry, mógł uznać Marka za przeszkodę. Wzburzony Perkusista przyznał, że Tubista, choć niezaprzeczalnie utalentowany, nie rozumiał potrzeby „ekstremalnych porywów emocji” i „unikalnych efektów specjalnych”. Chciał, by dzięki Orkiestrze ziemia „drżała pod stopami” publiczności, a Marek, według niego, grał zbyt „zachowawczo”. Wyciąg z belladonny zdobył w internecie, zafascynowany jej działaniem paraliżującym i zmiennym wpływem na ludzki umysł. Nie chciał zabić Marka. Chciał „przemienić” orkiestrę, uwolnić ją od „zachowawczości”. Myślał, że silny wstrząs, może nawet choroba muzyka grającego na tubie, zmusi zespół do radykalnych zmian. Nie przewidział śmiertelnego skutku.
Puszczyki przeżyły szok. Po aresztowaniu Witolda, orkiestra, z Włodzimierzem Zinerem na czele, zdecydowała się grać dalej. Ostatni koncert odbył się i został poświęcony pamięci Marka. Dźwięki tuby, teraz grane przez jego kolegę z sekcji, Romka, były pełne smutku.
A.S.

Komentarze
Prześlij komentarz